Drogie i czarujące Wiedźmy Eldżeja!
Spotykamy się w sobotę 31.10. o godz. 16.00 (z poślizgiem dla dojeżdżających) w herbaciarni Czajnik w Gliwicach.
O 18.00 ruszamy do Nory Aniołaka, gdzie będziemy się oddawać rozpuście kulinarnej i filmowej.
Jeśli ktoś chce nocować - nie trzeba brać śpiworów ani karimat, barłogów u nas dostatek.
Składamy się, jak napisała
alex_s9 :
- każdy przywozi coś od siebie w miarę możliwości i chęci,
- rzeczy, które będzie trzeba dokupić, zsumujemy i podzielimy się równo kosztami,
- prosimy też o fanty na loterię fantową.
Uwaga: celem loterii jest zbiórka funduszy dla poważnie chorej suni, o której pisałam, Figi. Los - 5 zł. Każda złotówka się liczy, bo sama operacja guza nowotworowego u Fi będzie kosztować 300 zł.
W planach na wieczór mamy: pieczenie jabłek, filmy Burtona i nie, konsumpcję dyni w różnych odsłonach i wszelkie aktywności, jakie się na bieżąco wyklują. Kalambury...?
I uwaga - przebieramy się! A co! :D
Potwierdzajcie się zatem.
Spotykamy się w sobotę 31.10. o godz. 16.00 (z poślizgiem dla dojeżdżających) w herbaciarni Czajnik w Gliwicach.
O 18.00 ruszamy do Nory Aniołaka, gdzie będziemy się oddawać rozpuście kulinarnej i filmowej.
Jeśli ktoś chce nocować - nie trzeba brać śpiworów ani karimat, barłogów u nas dostatek.
Składamy się, jak napisała
- każdy przywozi coś od siebie w miarę możliwości i chęci,
- rzeczy, które będzie trzeba dokupić, zsumujemy i podzielimy się równo kosztami,
- prosimy też o fanty na loterię fantową.
Uwaga: celem loterii jest zbiórka funduszy dla poważnie chorej suni, o której pisałam, Figi. Los - 5 zł. Każda złotówka się liczy, bo sama operacja guza nowotworowego u Fi będzie kosztować 300 zł.
W planach na wieczór mamy: pieczenie jabłek, filmy Burtona i nie, konsumpcję dyni w różnych odsłonach i wszelkie aktywności, jakie się na bieżąco wyklują. Kalambury...?
I uwaga - przebieramy się! A co! :D
Potwierdzajcie się zatem.
Ma jakieś półtora lub dwa miesiące. Siedzi z siostrzyczką w schronisku w Gliwicach. Zanim tam trafił - w niewyjaśnionych okolicznościach stracił CAŁĄ SKÓRĘ z prawej przedniej łapki. Na zdjęciu tego nie zobaczycie, ale rana sięga aż do klatki piersiowej.
Pilnie potrzebuje domu tymczasowego, najlepiej blisko Gliwic, najlepiej u kogoś, kto będzie w stanie często opatrywać mu ranę na łapce. Wtedy będzie miał szanse na uratowanie "dłoni", a jeśli nie, to przynajmniej życia. W schronisku nie jest mu źle, ale w warunkach domowych byłoby o wiele lepiej.
Zdjęcie pod cutem - nie wygląda to najlepiej.
( Boroczek )
Pilnie potrzebuje domu tymczasowego, najlepiej blisko Gliwic, najlepiej u kogoś, kto będzie w stanie często opatrywać mu ranę na łapce. Wtedy będzie miał szanse na uratowanie "dłoni", a jeśli nie, to przynajmniej życia. W schronisku nie jest mu źle, ale w warunkach domowych byłoby o wiele lepiej.
Zdjęcie pod cutem - nie wygląda to najlepiej.
( Boroczek )
F-listo!
Tym razem sprawa znacznie ważniejsza niż Halloween.
Zajmując się kotami, zaniedbałam sprawy psów z mojego podwórka, o których kiedyś pisałam. Ich właścicielka zmarła 15 września i tym samym osierociła cztery psiaki - Figę, Agę, Łatkę i Kruszka. Psami opiekuje się od trzech miesięcy jej sąsiadka, natomiast rodzina zmarłej chce położyć łapę na opuszczonym mieszkaniu, oczywiście "oczyszczonym" z psów. W ciągu tygodnia wszystkie trafią do schroniska.
Na adopcję mają szansę młode psy, czyli Aga, Łatka i Kruszek. Niestety Figa - około dziesięcioletnia, z problemami zdrowotnymi, bardzo zaniedbana - najpewniej jest skazana na schronisko do końca życia. A pobyt tam też jej pewnie tego życia nie wydłuży.
Dlatego apeluję gorąco: rozpuśćcie wici o psie w potrzebie. Figa potrzebuje - nie czarujmy się - cierpliwego pana/ pani, którzy zapewniliby jej dożywocie, ciepły kąt, pełną miskę i opiekę lekarską. I oczywiście dużo miłości. W zamian ma do zaoferowania łagodność, cierpliwość i przywiązanie. Tylko tyle i aż tyle.
Jeśli ktokolwiek z Was byłby w stanie pomóc, piszcie. Dla Figi to sprawa życia lub śmierci.
Jutro postaram się dodać zdjęcia psów.
Tym razem sprawa znacznie ważniejsza niż Halloween.
Zajmując się kotami, zaniedbałam sprawy psów z mojego podwórka, o których kiedyś pisałam. Ich właścicielka zmarła 15 września i tym samym osierociła cztery psiaki - Figę, Agę, Łatkę i Kruszka. Psami opiekuje się od trzech miesięcy jej sąsiadka, natomiast rodzina zmarłej chce położyć łapę na opuszczonym mieszkaniu, oczywiście "oczyszczonym" z psów. W ciągu tygodnia wszystkie trafią do schroniska.
Na adopcję mają szansę młode psy, czyli Aga, Łatka i Kruszek. Niestety Figa - około dziesięcioletnia, z problemami zdrowotnymi, bardzo zaniedbana - najpewniej jest skazana na schronisko do końca życia. A pobyt tam też jej pewnie tego życia nie wydłuży.
Dlatego apeluję gorąco: rozpuśćcie wici o psie w potrzebie. Figa potrzebuje - nie czarujmy się - cierpliwego pana/ pani, którzy zapewniliby jej dożywocie, ciepły kąt, pełną miskę i opiekę lekarską. I oczywiście dużo miłości. W zamian ma do zaoferowania łagodność, cierpliwość i przywiązanie. Tylko tyle i aż tyle.
Jeśli ktokolwiek z Was byłby w stanie pomóc, piszcie. Dla Figi to sprawa życia lub śmierci.
Jutro postaram się dodać zdjęcia psów.
Łiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!
Kota odłowiona!
Idę się upić. :)Kota odłowiona!
Dzieje się...
Mała koteczka ostatecznie trafiła z powrotem do Gliwic, pod skrzydła Gosi, dziewczyny ze stowarzyszenia Kocie Życie z Wrocławia. Ma stałą opiekę weta, dom przystosowany do przechowywania kocich znajd i miłość całej rodziny Gosi. Wczoraj pojechała na konsultacje okulistyczne, dziś rano już była operowana, gdyż okazało się, że jej oczko jest w znacznie gorszym stanie, niż się nam zdawało. Operację zniosła dobrze, jednak trzeba będzie poczekać ponad tydzień na wyniki. Proszę - trzymajcie kciuki, bo tu idzie o to, czy kociak będzie widział na lewe oko, czy nie.
A zdjęcia Małej - czyli Buni, bo takie imię do niej przylgnęło u Gosi - są do obejrzenia tu:
www.kociezycie.pl/forum_kocie/viewtopic.p hp
Śliczny tygrysek, prawda?
Mała koteczka ostatecznie trafiła z powrotem do Gliwic, pod skrzydła Gosi, dziewczyny ze stowarzyszenia Kocie Życie z Wrocławia. Ma stałą opiekę weta, dom przystosowany do przechowywania kocich znajd i miłość całej rodziny Gosi. Wczoraj pojechała na konsultacje okulistyczne, dziś rano już była operowana, gdyż okazało się, że jej oczko jest w znacznie gorszym stanie, niż się nam zdawało. Operację zniosła dobrze, jednak trzeba będzie poczekać ponad tydzień na wyniki. Proszę - trzymajcie kciuki, bo tu idzie o to, czy kociak będzie widział na lewe oko, czy nie.
A zdjęcia Małej - czyli Buni, bo takie imię do niej przylgnęło u Gosi - są do obejrzenia tu:
www.kociezycie.pl/forum_kocie/viewtopic.p
Śliczny tygrysek, prawda?
Wielka góra sukcesu w ogromnym morzu niemiłych zdarzeń.
Wczoraj przyjechał kierowca ze schroniska i odłowił dwa nasze dzikie koty. Dupek straci w wyniku tego radosnego zdarzenia jaja, a Śliczna - części kobiece. Co oznacza ograniczenie bezsensownego mnożenia się kotów na podwórku, a w konsekwencji mniej chorych i rozjechanych kociaków.
I bardzo dobrze.
Przy okazji zrozumiałam, czego nam brakowało, kiedy łowiliśmy koty sami. W zasadzie tylko dwóch elementów: przegłodzonego kota i podbieraka na ryby.
Wczoraj przyjechał kierowca ze schroniska i odłowił dwa nasze dzikie koty. Dupek straci w wyniku tego radosnego zdarzenia jaja, a Śliczna - części kobiece. Co oznacza ograniczenie bezsensownego mnożenia się kotów na podwórku, a w konsekwencji mniej chorych i rozjechanych kociaków.
I bardzo dobrze.
Przy okazji zrozumiałam, czego nam brakowało, kiedy łowiliśmy koty sami. W zasadzie tylko dwóch elementów: przegłodzonego kota i podbieraka na ryby.
Wczoraj przez moje ręce przeszły kolejne dwa kociaki: kotki, jedna trzymiesięczna, druga pięciotygodniowa.
Starszą potrącił samochód. Ktoś, prawdopodobnie właśnie ten, kto jej to zrobił - zaniósł kota pod klatkę schodową, w której mieszkała kobieta karmiąca koty, położył na stopniu i zostawił. O dziesiątej sąsiad zapukał do mnie, żeby powiedzieć, że "na dole leży kot i chyba zdycha".
Nie chcę Wam tego opisywać.
Z Renatą ze stowarzyszenia Symbiosis pojechałyśmy do kliniki weterynaryjnej, zabierając i potrąconego malucha, i jeszcze mniejsze drugie kocię, które się tam plątało. Oba okazały się być koteczkami. Młodszej, poza kocim katarem, nic nie było. Starszą zostawiłyśmy w klinice; do wieczora stan był stabilny, o siódmej przyszło przesilenie. Organizm się poddał. Małą trzeba było uśpić.
Młodsza, czyli Cętka, jest teraz u
rysiaczek . Kiedy wydobrzeje, będzie potrzebować domu. Jeśli ktoś chce być domem - stałym domem - dajcie znać. Cętka będzie naprawdę ślicznym kotem.
Starszą potrącił samochód. Ktoś, prawdopodobnie właśnie ten, kto jej to zrobił - zaniósł kota pod klatkę schodową, w której mieszkała kobieta karmiąca koty, położył na stopniu i zostawił. O dziesiątej sąsiad zapukał do mnie, żeby powiedzieć, że "na dole leży kot i chyba zdycha".
Nie chcę Wam tego opisywać.
Z Renatą ze stowarzyszenia Symbiosis pojechałyśmy do kliniki weterynaryjnej, zabierając i potrąconego malucha, i jeszcze mniejsze drugie kocię, które się tam plątało. Oba okazały się być koteczkami. Młodszej, poza kocim katarem, nic nie było. Starszą zostawiłyśmy w klinice; do wieczora stan był stabilny, o siódmej przyszło przesilenie. Organizm się poddał. Małą trzeba było uśpić.
Młodsza, czyli Cętka, jest teraz u
Powoli, powoli nadchodzi koniec tego dobrego. Jutro po południu wylatujemy z Leeds do domu.
I w zasadzie to dobrze, bo zaczynam już być trochę zmęczona. W ciągu ostanich dni byliśmy już w Royal Armoury w Leeds, w Games Workshop w Nottingham i w Scarborough, a dziś prawie cały dzień spędziliśmy w Lincoln. Ale potrzebuję odrobiny czasu, dystansu i sił, żeby złapać oddech i spisać wrażenia.
Zwłaszcza że zostaje mi jeszcze do opisania końcówka pobytu na północy, czyli wyprawy do Aira Force, nad Ullswater i do Keswick, no i przejazd przez góry tym:

Przyznam się, że od czasu, kiedy do tego wsiadłam, coraz poważniej zastanawiam się nad zrobieniem prawa jazdy,najlepiej na ciężarówki, choć transportery opancerzone też nie byłyby złe.
W każdym razie już jutro wieczorem powinna być jakaś dłuższa relacja.
A poza tym...
Drogi Fandoomie Ślonski, ponieważ nagle uświadomiłam sobie, że w sobotę idę na ślub znajomych, więc proponuję:
Spotkanie w Herbaciarni Czajnik około 16-17 w piątek, potem jakiś seans filmowy u mnie, szamanie tego i owego, po czym możemy się przespać, a rano, w zależności od tego, jak bardzo wcześnie jest ten ślub (bo jeszcze nie wiem), wyjdziemy ode mnie razem o jakiejś przyzwoitej godzinie.
Co Wy na to? W miarę możliwości dajcie znać wcześniej, to zarezerwuję salonik w herbaciarni. I zastanówcie się nad filmami albo przynajmniej nad konwencją wieczorku filmowego.
I w zasadzie to dobrze, bo zaczynam już być trochę zmęczona. W ciągu ostanich dni byliśmy już w Royal Armoury w Leeds, w Games Workshop w Nottingham i w Scarborough, a dziś prawie cały dzień spędziliśmy w Lincoln. Ale potrzebuję odrobiny czasu, dystansu i sił, żeby złapać oddech i spisać wrażenia.
Zwłaszcza że zostaje mi jeszcze do opisania końcówka pobytu na północy, czyli wyprawy do Aira Force, nad Ullswater i do Keswick, no i przejazd przez góry tym:

Przyznam się, że od czasu, kiedy do tego wsiadłam, coraz poważniej zastanawiam się nad zrobieniem prawa jazdy,
W każdym razie już jutro wieczorem powinna być jakaś dłuższa relacja.
A poza tym...
Drogi Fandoomie Ślonski, ponieważ nagle uświadomiłam sobie, że w sobotę idę na ślub znajomych, więc proponuję:
Spotkanie w Herbaciarni Czajnik około 16-17 w piątek, potem jakiś seans filmowy u mnie, szamanie tego i owego, po czym możemy się przespać, a rano, w zależności od tego, jak bardzo wcześnie jest ten ślub (bo jeszcze nie wiem), wyjdziemy ode mnie razem o jakiejś przyzwoitej godzinie.
Co Wy na to? W miarę możliwości dajcie znać wcześniej, to zarezerwuję salonik w herbaciarni. I zastanówcie się nad filmami albo przynajmniej nad konwencją wieczorku filmowego.
Sieć jest rozległa i nieskończona, tak to chyba mówiła major Motoko Kusanagi. Zatem nawet na angielskiej prowincji można usiąść z laptopem i skomunikować się ze światem. Ha!
Za nami sześć dni w Edynburgu. Najpiękniejszych dni wakacji - dosłownie, bo trafiliśmy na nietypową jak na szkockie warunki jesienne pogodę; owszem, we wtorek padało i urywało głowę (a myśmy się właśnie wtedy postanowili wybrać na edynburską górkę, czyli Arthur's Seat), ale poza tym - piękne słońce i cieplutko. Krótko mówiąc - idealne warunki do wędrowania po starówce. A w zasadzie całe centrum Edynburga to starówka. Istny Kraków do potęgi n-tej, w dodatku na pagórkowatym terenie, stąd pnące się w górę do Royal Mile, głównego traktu Starego Miasta, schodki i strome uliczki, małe podwórka z domami ustawionymi raz wyżej, raz niżej, i zawrotnie wysokie kamienice - trzy piętra to norma, ale bywało i po osiem... A z drugiej strony wszystko to jednocześnie śliczne i brzydkie, z tym zalewem tandety dla turystów na co bardziej malowniczych trasach i kompletnym chłamem jak z taniego chińskiego sklepu tuż obok, tam gdzie chodzą się zaopatrywać mniej zamożni mieszkańcy. Kicz i wzniosłość. A, i kościoły przerobione na puby. Plus pomnik Johna Knoksa. Tu naprawdę jest... protestancko.
Nie poszłam do Edinburgh Dungeon, czyli miejsca, które opisuje Łukjanienko w Patrolach, ale jeszcze pójdę. Na Zamku też nie byłam, bo rezydenci zgodnie mówią, że nie warto. Za to wleźliśmy na Calton Hill i sobotnie popołudnie spędzaliśmy, oglądając po jednej stronie zatokę Firth of Forth, a po drugiej - Stare Miasto w słońcu i było nam dobrze. I wiem, że będę tam wracać jeszcze nie raz. Nasi znajomi marudzą na Edynburg, że to miasto nie do życia na co dzień - a ja wiem swoje i wiem, że jestem zakochana.
W piątek natomiast pojechaliśmy na wycieczkę w Highland. Za krótką! Jednodniowa wycieczka z biurem podróży z Edynburga do Loch Ness siłą rzeczy musi przypominać bieg przez płotki. A jednak było warto, bo tak pięknych widoków nie widziałam od dawna, nawet jeśli Rannoch Moor czy doliny ze szkockimi lochami można było oglądać tylko zza szyby. No i odwiedziliśmy miejsca, które wcześniej "znałam" dzięki sesjom RPG - Rannoch Moor właśnie, Ballachulish, okolice Perth, Pitlochry, Killecrankie... Minęliśmy zjazd na Kyle of Lochalsh, czyli drogę na wyspy... Szkockie góry są piękne, jeziora jeszcze piękniejsze, a połączenie gór, morza i jezior na jednym skrawku lądu, jak w Ballachulish właśnie, zwaliło mnie z nóg. Namawiamy kolegę, u którego teraz nocujemy, na wyprawę w Highland na wiosnę, na co najmniej pięć dni. Pomysł jest do zrealizowania, zwłaszcza że Raffie dysponuje doskonałym pojazdem na takie wyprawy, czyli wojskową karetką Czerwonego Krzyża. Nawet spać się w niej da! Tylko musimy jeszcze namówić na podróż naszego przewodnika z biura podróży. Iain jest moją pierwszą szkocką platynową miłością.
Teraz siedzimy pod Penrith, a jutro planujemy małą wycieczkę po okolicy, po wzgórzach Krainy Jezior. Jemy mięsko, pijemy ale i cydr, podziwiamy dom, który ma prawie czterysta lat, marzniemy i gramy w planszówki. Raffie ma też doskonale wyposażoną biblioteczkę, co wydatnie podnosi atrakcyjność jego mieszkania. A za dwa dni - do serca Anglii, do Mansfield i Nottingham...
Za nami sześć dni w Edynburgu. Najpiękniejszych dni wakacji - dosłownie, bo trafiliśmy na nietypową jak na szkockie warunki jesienne pogodę; owszem, we wtorek padało i urywało głowę (a myśmy się właśnie wtedy postanowili wybrać na edynburską górkę, czyli Arthur's Seat), ale poza tym - piękne słońce i cieplutko. Krótko mówiąc - idealne warunki do wędrowania po starówce. A w zasadzie całe centrum Edynburga to starówka. Istny Kraków do potęgi n-tej, w dodatku na pagórkowatym terenie, stąd pnące się w górę do Royal Mile, głównego traktu Starego Miasta, schodki i strome uliczki, małe podwórka z domami ustawionymi raz wyżej, raz niżej, i zawrotnie wysokie kamienice - trzy piętra to norma, ale bywało i po osiem... A z drugiej strony wszystko to jednocześnie śliczne i brzydkie, z tym zalewem tandety dla turystów na co bardziej malowniczych trasach i kompletnym chłamem jak z taniego chińskiego sklepu tuż obok, tam gdzie chodzą się zaopatrywać mniej zamożni mieszkańcy. Kicz i wzniosłość. A, i kościoły przerobione na puby. Plus pomnik Johna Knoksa. Tu naprawdę jest... protestancko.
Nie poszłam do Edinburgh Dungeon, czyli miejsca, które opisuje Łukjanienko w Patrolach, ale jeszcze pójdę. Na Zamku też nie byłam, bo rezydenci zgodnie mówią, że nie warto. Za to wleźliśmy na Calton Hill i sobotnie popołudnie spędzaliśmy, oglądając po jednej stronie zatokę Firth of Forth, a po drugiej - Stare Miasto w słońcu i było nam dobrze. I wiem, że będę tam wracać jeszcze nie raz. Nasi znajomi marudzą na Edynburg, że to miasto nie do życia na co dzień - a ja wiem swoje i wiem, że jestem zakochana.
W piątek natomiast pojechaliśmy na wycieczkę w Highland. Za krótką! Jednodniowa wycieczka z biurem podróży z Edynburga do Loch Ness siłą rzeczy musi przypominać bieg przez płotki. A jednak było warto, bo tak pięknych widoków nie widziałam od dawna, nawet jeśli Rannoch Moor czy doliny ze szkockimi lochami można było oglądać tylko zza szyby. No i odwiedziliśmy miejsca, które wcześniej "znałam" dzięki sesjom RPG - Rannoch Moor właśnie, Ballachulish, okolice Perth, Pitlochry, Killecrankie... Minęliśmy zjazd na Kyle of Lochalsh, czyli drogę na wyspy... Szkockie góry są piękne, jeziora jeszcze piękniejsze, a połączenie gór, morza i jezior na jednym skrawku lądu, jak w Ballachulish właśnie, zwaliło mnie z nóg. Namawiamy kolegę, u którego teraz nocujemy, na wyprawę w Highland na wiosnę, na co najmniej pięć dni. Pomysł jest do zrealizowania, zwłaszcza że Raffie dysponuje doskonałym pojazdem na takie wyprawy, czyli wojskową karetką Czerwonego Krzyża. Nawet spać się w niej da! Tylko musimy jeszcze namówić na podróż naszego przewodnika z biura podróży. Iain jest moją pierwszą szkocką platynową miłością.
Teraz siedzimy pod Penrith, a jutro planujemy małą wycieczkę po okolicy, po wzgórzach Krainy Jezior. Jemy mięsko, pijemy ale i cydr, podziwiamy dom, który ma prawie czterysta lat, marzniemy i gramy w planszówki. Raffie ma też doskonale wyposażoną biblioteczkę, co wydatnie podnosi atrakcyjność jego mieszkania. A za dwa dni - do serca Anglii, do Mansfield i Nottingham...
Poczynilam konstatcje.
Edynburg jest moim drugim Krakowem. Paryz jest piekny, ale na pewien czas. Tutaj moglabym mieszkac. I na pewno chce tu wrocic. Jeszcze nie wyjechalam, juz tesknie.
Jutro jedziemy nad Loch Ness, a ja zaluje, ze wyjezdzamy z Edynburga na te 10 godzin, bo przeciez wolalabym poswiecic je na lazenie po miescie...
Na razie biegam tu i tam, zachwycam sie, piszcze, podskakuje i robie zdjecia. I kupuje ksiazki. Np. szkocki odpowiednik pracy Oskara Kolberga. I jest juz calkiem, calkiem moj.
Zakochalam sie w tym miescie i wiem, ze to bedzie bardzo gorzki romans na odleglosc...
Edynburg jest moim drugim Krakowem. Paryz jest piekny, ale na pewien czas. Tutaj moglabym mieszkac. I na pewno chce tu wrocic. Jeszcze nie wyjechalam, juz tesknie.
Jutro jedziemy nad Loch Ness, a ja zaluje, ze wyjezdzamy z Edynburga na te 10 godzin, bo przeciez wolalabym poswiecic je na lazenie po miescie...
Na razie biegam tu i tam, zachwycam sie, piszcze, podskakuje i robie zdjecia. I kupuje ksiazki. Np. szkocki odpowiednik pracy Oskara Kolberga. I jest juz calkiem, calkiem moj.
Zakochalam sie w tym miescie i wiem, ze to bedzie bardzo gorzki romans na odleglosc...
